Jedną z takich osób był pan Eugeniusz Parzych, nasz jastrzębski bohater, który wraz ze swoim bratem i rodzicami uratował przed pewną śmiercią trzynaście osób.

Była to ciężka zima. Taka, jakiej w ostatnich latach w Polsce nie było. Śnieg, ostry mróz i jedna wielka niewiadoma, czy wojna kiedyś się skończy. Wtedy też w styczniu 1945 roku przez Jastrzębie-Zdrój przechodził Marsz śmierci. Choć trudno nazwać więźniów obozu w Auschwitz-Birkenau maszerującymi. Jednym z przystanków był majątek rolny, który mieścił się za Domem Zdrojowym. Była to okazja, by podczas postoju słabszych z więźniów zamordować. Trzynastu z nich miało jednak szczęście, a to dzięki Kazimierzowi i Eugeniuszowi Parzych, braciom z Moszczenicy. – Oni byli tacy wychudzeni. Dwóch więźniów można było śmiało brać pod pachę i nieść – wspomina tamte czasy pan Eugeniusz Parzych. Kiedy braciom udawało się cudem wyrwać więźniów, spod czujnego oka hitlerowców, kładli ich na sanki i rozwozili po polskich rodzinach. Najwięcej ocalałych, bo aż 5, trafiło do rodziców pana Eugeniusza, Marii i Franciszka Parzych.  I to właśnie o zwykłych ludziach, którzy własnym życiem ryzykowali ratowanie obcych ludzi, będzie to historia.

Więcej o historii rodziny Parzych możne przeczytać w najnowszym wydaniu gazety „Jastrząb”.