Jak przygotować się do wielomiesięcznej podróży? – Trzeba odkurzyć stary rower i załadować na niego tyle sprzętu, ile zdołamy uwieźć, po czym czekać na przygodę, która niesie za sobą doświadczenie i marzenia na przyszłość – opowiada Marcin Tatarczyk. 28 listopada 2013 roku wsiadł w samolot do Buenos Aires i wyruszył w podróż życia, którą nazwał TransAmerica. Przedsmak tego, co może go czekać w Ameryce Południowej, odczuł już pierwszego dnia. Najpierw został zastraszony przez nastolatka z bronią, by chwilę później znaleźć schronienie u przyjaznych ludzi. – Nie wiem czy broń była prawdziwa, ale poczułem, że tracę grunt pod nogami. Wjechałem w pierwszą lepszą bramę i trafiłem na rodzinne przyjęcie. Tutaj poznałem kobietę z irlandzkimi korzeniami, która świetnie mówiła po angielsku. Ona z kolei przedstawiła mnie – jak usłyszałem – najważniejszemu strażakowi w Argentynie. Dostałem od niego wizytówkę i zapewnienie, że jak będę miał jakiekolwiek problemy, to strażacy mi pomogą. Jeśli nie, to mam dzwonić do niego – tłumaczy Marcin. Jak mówi, jadąc do Ushuaia z wizytówki nie skorzystał ani razu. Droga nr 3, którą podróżował, była prosta po horyzont, otoczona jedynie pustynią z małymi krzakami. Co jakiś czas „wyrastały” przy niej stacje paliw. Pedałowanie utrudniał frontowy wiatr, wiejący z siłą 70 km/h.

Z wiatrem w plecy po Ziemi Ognistej

– Raz wyrzuciło mnie z drogi. Przez 12 godzin – bo dzień był niezwykle długi – pokonywałem zaledwie od 30 do 50 km. Później zobaczyłem maleńkie tornada, pojawiały się i znikały. Miałem szczęście, że akurat przejeżdżał tir. Kierowca Chilijczyk zatrzymał się, nawet ze mną nie rozmawiał, tylko wrzucił rower do środka i kazał wejść do kabiny. Uśmiechając się ironicznie, powiedział, że głoszą, że jest wielkie zagrożenie wiatrem i tiry nie powinny jeździć, więc tym bardziej ja na rowerze – wspomina Marcin.

Więcej o przygodzie Marcina możne przeczytać w najnowszym wydaniu gazety "Jastrząb".