Oficjalna strona miasta Jastrzębie-Zdrój

Kajakiem ze wschodu na zachód Polski

Jastrzębski Challenge to wyzwanie dla ludzi, którzy chcą zrobić coś niecodziennego. Może być to cokolwiek, na wzór Księgi Guinnessa, ale w zrobione przez Jastrzębian lub w Jastrzębiu-Zdroju. Tak jak spływ kajakiem ze wschodu na zachód Polski.

mężczyzna w pomarańczowej koszulce płynie zielonym kajakiem

Gdy woda mieni się, jakby była z najczystszej stali, wtedy wiesz, że trzeba mieć mięśnie ze stali, aby stawić czoła żywiołowi i pokonać trasę. Tak właśnie wyglądała woda na wzburzonych wodach Zalewu Włocławskiego. Deszcz, chłód, temperatura jak przystało w „lipcopadzie” i wiatr w porywach do 55 km/h były zwiastunem niepowodzenia całej wyprawy. Komunikaty pogodowe i alerty RCB poważnie wpłynęły na naszą wyprawę. Nie było wyboru i walkę z pogodą pierwszy raz przegraliśmy.

Ale wróćmy do początku.

Jastrzębski Challenge tym razem miał pokonać trasę rzekami ze wschodu na zachód Polski. Misja na mapie była do zrealizowania, zresztą już trzykrotnie ekipa pokonywała Polskę wzdłuż. Raz startując z Przystani Szymańcówka do Dziwnowa, drugim razem na granicy z Jastrzębiem Pszczynką do Wisły, a potem do Mikoszewa nad morze, trzeci raz, od Zalewu Poraj do ujścia Warty. Sprawa wydawała się prosta, do pokonania było 760 km kajakiem.

Start odbył się 29 czerwca w miejscowości Gnojno nad Bugiem, przy granicy z Białorusią. Upał dochodzący do 40℃ zwiastował tylko walkę z palącym słońcem, ale co tam, płynąć spokojnie można. Otóż po pierwszych kilometrach okazało się, że jest to nie do wytrzymania. Dodatkowo Bug wysycha, dosłownie wysycha. Jego głębokość w zdecydowanej większości  nie przekracza jednego metra (sprawdzane było to wiosłem co jakiś czas). Często było tak, że trzeba było brodzić, ciągnąc za sobą kajak. Niestety okazało się, że zamiast pokonać zakładane 65 km, ekipa zrobiła 54. Bug nie pozwalał później na więcej. To była walka o każdy kilometr. Jeśli ktoś pomyśli, czytając: „Ale o co chodzi? Przecież płynęli z prądem, wystarczy korygować wiosłem właściwy kierunek”, niestety tak nie jest. Trzeba wiosłować i to jak galernik. Kilka dni spędzonych na Bugu było ciężkich, a do tego brak infrastruktury, a ta, która była, już chyba nie pamiętała czasów świetności. Mariny oraz przystanie były opuszczone i zarośnięte. Źle się dzieje.

Narew miała być lepsza i szybsza, bo przecież jest tam elektrownia wodna i zapora, która skutecznie spiętrza wodę, tworząc Zalew Zegrzyński. W istocie tak jest, ale woda nie płynie i kajakarze nie mają wsparcia w postaci nurtu rzeki. Za to jest mnóstwo motorówek i skuterów wodnych, skutecznie utrudniających wiosłowanie, ale lepiej tak niż brodzenie rzeką. Jeszcze przeprawa przez zaporę, kilka kilometrów i Wisła, która pozwoli na codzienne pokonywanie sporych odległości. Przeprawa przez zaporę to „spacer” z ekwipunkiem i kajakami przez ponad pół kilometra. Za zaporą rozpoczął się koszmar kajakarzy, czyli wiatr w twarz. Niestety w Polsce najczęściej wieją wiatry zachodnie i północno-zachodnie. Rozpoczęła się walka z coraz silniejszym wiatrem. Każdy kilometr stawał się nie do zniesienia, a do tego do kokpitu kajaka wdzierała się woda z dużych fal. Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie. Ujście Narwi nie było takie, jakie Jastrzębski Challenge pamiętał z wyprawy Wisłą. Woda na Królowej Polskich Rzek wyglądała, jakby wrzała. Kotłowanina wody i załamujące się fale sprawiały, że trzeba było płynąć maksymalnie przy brzegu, aby nie zaliczyć „kabinki”. Niestety kolejne dni na Wiśle wcale nie były przyjemne, a wiatr nie odpuszczał.

Wpłynięcie na Zalew Włocławski było całkiem przyjemne i praktycznie bezwietrzne. To dawało nadzieję na spokojne pokonanie 50 km całego zbiornika. Niestety był to przyjemny początek złego końca. Z każdym kilometrem wiatr stawał się silniejszy, zapowiadane prognozy zaczęły się sprawdzać i do wiatru dołączył deszcz. W takiej sytuacji można mieć dość, ale nikt białego ręcznika nie rzucił. Trzeba było dotrzeć do przystani gdzieś w połowie zbiornika. Wieczorem, po godz. 20.00, ostatkiem sił kajaki znalazły się w marinie. Można było zregenerować siły w godnych warunkach, nie jak wcześniej gdzieś na brzegu rzeki, w przypadkowym miejscu, w otoczeniu natury- choć to jest najpiękniejsze podczas takich wypraw. Można było zjeść dobrą kolację, nie jak wcześniej jakąś konserwę. Były surówki i uzupełnienie witamin. W tym czasie wzmagający się wiatr zupełnie przestał być problemem.

Kolejny dzień zaczął się o 6.00, po siódmej był start. Wcześniej telefon na śluzę z pytaniem, czy jest możliwość wyśluzowania się i… zaczęły się problemy. Niski stan Wisły stawiał śluzowanie pod wielkim znakiem zapytania, wręcz bliskim zeru. Trzeba jednak było dalej płynąć. Po czterech kilometrach walki z wiatrem siły kajakarzy słabły z każdym pociągnięciem wiosła. Niestety, po sprawdzeniu prognoz i siły wiatru, trzeba było podjąć jedyną słuszną decyzję o zakończeniu wyprawy.

Tak zakończył się Challenge rzekami ze wschodu na zachód Polski. Zostało pokonane prawie 380 km, czyli połowa trasy. Średnio każdego dnia kajakarze uderzali wiosłami o wodę jakieś 50 tys. razy, ale to było niewystarczające, aby wygrać walkę z siłami natury.

tekst i zdjęcia: Grzegorz Sypniewski